Druga część wielkiej baśni Andersena: mała Gerda wkłada nowe czerwone buciki i wyrusza na poszukiwanie Kaja, a łódka zanosi ją do zaczarowanego ogrodu starej kobiety, w którym każdy kwiat opowiada swoją własną historię. Przetłumaczona z duńskiego oryginału.
Hans Christian Andersen · 18 min · czyta Maja
Królowa Śniegu: wszystkie części
Królowa Śniegu, część druga: tekst bajki
Hans Christian Andersen (1844). Przetłumaczone z duńskiego oryginału „Sneedronningen”.
Opowiadanie trzecie. Ogród kwiatowy kobiety, która znała czary.
A co się działo z małą Gerdą, kiedy Kaj już nie wrócił? Gdzie on się podział? Nikt tego nie wiedział, nikt nie umiał nic powiedzieć. Chłopcy opowiadali tylko, że widzieli, jak przywiązał swoje saneczki do wielkich, wspaniałych sań, które wjechały w ulicę, a potem wyjechały przez bramę miasta. Nikt nie wiedział, gdzie jest, popłynęło wiele łez, a mała Gerda płakała gorzko i długo. Potem mówiono, że umarł, że utonął w rzece, która płynęła tuż koło miasta. Och, jakie to były długie, ciemne zimowe dni!
Potem przyszła wiosna i cieplejsze słońce.
„Kaj umarł i już go nie ma!” powiedziała mała Gerda.
„W to nie wierzę!” powiedziało słońce.
„Umarł i już go nie ma!” powiedziała do jaskółek.
„W to nie wierzymy!” odpowiedziały i w końcu mała Gerda też przestała w to wierzyć.
„Włożę moje nowe czerwone buciki”, powiedziała pewnego ranka, „te, których Kaj jeszcze nigdy nie widział, a potem pójdę nad rzekę i ją zapytam!”
Było jeszcze bardzo wcześnie. Pocałowała starą babcię, która jeszcze spała, włożyła czerwone buciki i poszła zupełnie sama przez bramę miasta nad rzekę.
„Czy to prawda, że zabrałaś mojego małego towarzysza zabaw? Dam ci moje czerwone buciki, jeśli mi go oddasz!”
A fale, tak jej się wydawało, kiwały do niej dziwnie głowami. Wtedy zdjęła czerwone buciki, swój największy skarb, i rzuciła je obydwa do rzeki. Ale upadły tuż przy brzegu, a małe fale od razu przyniosły je z powrotem do niej na ląd. Wyglądało to tak, jakby rzeka nie chciała zabrać jej tego, co miała najdroższego, skoro przecież nie miała małego Kaja.
Ale Gerda pomyślała, że nie rzuciła bucików dość daleko. Wdrapała się więc do łódki, która stała w trzcinach, przeszła na sam jej koniec i rzuciła buciki. Ale łódka nie była przywiązana i od ruchu, który Gerda zrobiła, odsunęła się od brzegu. Gerda to zauważyła i pospieszyła z powrotem, ale zanim doszła na drugi koniec, łódka była już ponad metr od brzegu i teraz płynęła coraz szybciej.
Wtedy mała Gerda bardzo się przestraszyła i zaczęła płakać, ale nikt jej nie słyszał oprócz wróbli, a one nie mogły przenieść jej na brzeg. Leciały jednak wzdłuż brzegu i ćwierkały, jakby chciały ją pocieszyć: „Jesteśmy tu! Jesteśmy tu!” Łódka płynęła z prądem. Mała Gerda siedziała zupełnie cichutko, w samych pończoszkach. Jej małe czerwone buciki płynęły za nią, ale nie mogły dogonić łódki, która płynęła coraz szybciej.
Na obu brzegach było pięknie: śliczne kwiaty, stare drzewa i zbocza, na których pasły się owce i krowy, ale nigdzie ani jednego człowieka.
„Może rzeka niesie mnie do małego Kaja”, pomyślała Gerda i od razu poprawił jej się humor. Wstała i przez wiele godzin patrzyła na piękne zielone brzegi. Potem dopłynęła do wielkiego wiśniowego sadu, w którym stał mały domek z dziwnymi czerwonymi i niebieskimi okienkami i ze słomianym dachem, a przed nim dwaj drewniani żołnierze, którzy prezentowali broń każdemu, kto przepływał obok.
Gerda zawołała do nich, bo myślała, że są żywi, ale oni oczywiście nie odpowiedzieli. Podpłynęła do nich całkiem blisko, bo rzeka niosła łódkę prosto do brzegu.
Gerda zawołała jeszcze głośniej i wtedy z domku wyszła stara, bardzo stara kobieta, która podpierała się kijem z zakrzywionym końcem. Miała na głowie duży kapelusz od słońca, pomalowany w przepiękne kwiaty.
„Biedne maleństwo!” powiedziała stara kobieta. „Jakże ty się dostałaś na tę wielką, rwącą rzekę, która uniosła cię tak daleko w szeroki świat?” I stara kobieta weszła głęboko w wodę, zaczepiła kij o łódkę, przyciągnęła ją do brzegu i wyniosła małą Gerdę na ląd.
Gerda cieszyła się, że jest znowu na suchym lądzie, ale trochę bała się tej obcej starej kobiety.
„Chodź no i opowiedz mi, kim jesteś i jak się tu dostałaś!” powiedziała staruszka.
I Gerda opowiedziała jej wszystko, a staruszka kręciła głową i mówiła: „Hm, hm!” A kiedy Gerda powiedziała jej już wszystko i zapytała, czy nie widziała małego Kaja, kobieta odpowiedziała, że tędy nie przechodził, ale na pewno jeszcze przyjdzie. Gerda nie powinna się smucić, niech lepiej spróbuje jej wiśni i obejrzy jej kwiaty, bo są piękniejsze niż jakakolwiek książka z obrazkami i każdy z nich umie opowiedzieć całą historię. Potem wzięła Gerdę za rękę, weszły do domku, a stara kobieta zamknęła drzwi na klucz.
Okna były bardzo wysoko, a szybki w nich czerwone, niebieskie i żółte. Światło dnia świeciło w środku tak dziwnie, we wszystkich kolorach. Ale na stole stały najpiękniejsze wiśnie i Gerda zjadła ich tyle, ile chciała, bo było jej wolno. A kiedy jadła, stara kobieta czesała jej włosy złotym grzebieniem, a włosy kręciły się w loki i lśniły pięknie złotem wokół miłej buzi, takiej okrągłej i podobnej do różyczki.
„Od dawna marzyłam o takiej słodkiej małej dziewczynce”, powiedziała staruszka. „Zobaczysz, jak dobrze nam będzie we dwie!” A im dłużej czesała włosy małej Gerdy, tym bardziej Gerda zapominała o Kaju, który był dla niej jak brat. Bo stara kobieta znała czary, ale nie była złą czarownicą. Czarowała tylko troszeczkę, dla własnej przyjemności, a teraz bardzo chciała zatrzymać małą Gerdę u siebie.
Dlatego wyszła do ogrodu i wyciągnęła swój kij w stronę wszystkich krzaków róż. I choć kwitły tak pięknie, wszystkie zapadły się w czarną ziemię i nie można było nawet zobaczyć, gdzie stały. Staruszka bała się, że kiedy Gerda zobaczy róże, pomyśli o swoich własnych, przypomni sobie małego Kaja i ucieknie.
Potem zaprowadziła Gerdę do ogrodu kwiatowego. Och! Jak tu pachniało i jak było pięknie! Wszystkie kwiaty, jakie można sobie wyobrazić, i to z każdej pory roku, kwitły tu najwspanialej. Żadna książka z obrazkami nie mogła być bardziej kolorowa i piękna. Gerda skakała z radości i bawiła się, aż słońce zaszło za wysokimi wiśniami. Wtedy dostała śliczne łóżko z czerwonymi jedwabnymi pierzynkami, wypchanymi niebieskimi fiołkami, i spała, i śniła tak cudownie jak królowa w dniu swojego ślubu.
Następnego dnia mogła znowu bawić się z kwiatami w ciepłym słońcu, i tak mijało wiele dni. Gerda znała każdy kwiat, ale choć było ich tak wiele, wydawało jej się, że jednego brakuje, tylko nie wiedziała którego. Pewnego dnia siedziała i patrzyła na kapelusz staruszki z namalowanymi kwiatami, a najpiękniejszym z nich była właśnie róża. Staruszka zapomniała zetrzeć ją z kapelusza, kiedy wysłała inne pod ziemię. Tak to bywa, kiedy się myśli o niebieskich migdałach!
„Jak to!” powiedziała Gerda. „Tu nie ma róż?” I pobiegła między grządki, szukała i szukała, ale żadnej nie znalazła. Wtedy usiadła i zapłakała, a jej gorące łzy spadły akurat tam, gdzie zapadł się krzak róży. A kiedy ciepłe łzy podlały ziemię, krzak nagle wystrzelił w górę, tak samo rozkwitły jak wtedy, gdy się zapadł. Gerda objęła go, ucałowała róże i pomyślała o pięknych różach w domu, a razem z nimi o małym Kaju.
„Och, jak ja się tu zasiedziałam!” powiedziała mała dziewczynka. „Przecież miałam szukać Kaja! Nie wiecie, gdzie on jest?” zapytała róże. „Myślicie, że umarł i już go nie ma?”
„Nie umarł”, powiedziały róże. „Byłyśmy przecież pod ziemią, tam są wszyscy umarli, ale Kaja tam nie było!”
„Dziękuję wam!” powiedziała mała Gerda i poszła do innych kwiatów, zaglądała w ich kielichy i pytała: „Nie wiecie, gdzie jest mały Kaj?”
Ale każdy kwiat stał w słońcu i śnił swoją własną baśń albo historię. Mała Gerda usłyszała ich bardzo, bardzo wiele, ale żaden nie wiedział nic o Kaju.
A co powiedziała ognista lilia?
„Słyszysz bęben? Bum! Bum! To tylko dwa dźwięki, ciągle bum! bum! Posłuchaj pieśni kobiet! Posłuchaj wołania kapłanów! W długiej czerwonej szacie stoi Hinduska pośrodku kręgu, a wokół niej buchają płomienie pochodni. Ale Hinduska myśli o tym, który jest tu w kręgu, o tym, którego oczy płoną goręcej niż płomienie, o tym, którego ogień oczu bardziej sięga jej serca niż wszystkie płomienie wokół niej. Czy płomień serca może zgasnąć w płomieniach pochodni?”
„Słyszysz bęben? Bum! Bum! To tylko dwa dźwięki, ciągle bum! bum! Posłuchaj żałobnej pieśni kobiet! Posłuchaj wołania kapłanów! W długiej czerwonej szacie stoi Hinduska na stosie, a płomienie buchają wokół niej i jej zmarłego męża. Ale Hinduska myśli o tym żywym, tu w kręgu, o tym, którego oczy płoną goręcej niż płomienie, o tym, którego ogień oczu bardziej sięga jej serca niż płomienie, które wkrótce spalą jej ciało na popiół. Czy płomień serca może zgasnąć w płomieniach stosu?”
„Wcale tego nie rozumiem!” powiedziała mała Gerda.
„To jest moja baśń!” powiedziała ognista lilia.
Co mówi powój?
„Nad wąską górską drogą wznosi się stary rycerski zamek. Gęsty bluszcz pnie się po starych czerwonych murach, liść przy liściu, aż do balkonu, a tam stoi piękna dziewczyna. Wychyla się przez balustradę i patrzy w dół, na drogę. Żadna róża nie zwisa z gałązki świeższa od niej, żaden kwiat jabłoni, kiedy wiatr niesie go z drzewa, nie unosi się lżej niż ona. Jak szeleści jej wspaniała jedwabna suknia! Czyżby on wciąż nie nadchodził?”
„Czy to o Kaju mówisz?” zapytała mała Gerda.
„Mówię tylko o mojej baśni, o moim śnie”, odpowiedział powój.
Co mówi mały przebiśnieg?
„Między drzewami wisi na sznurach długa deska: to huśtawka. Dwie śliczne małe dziewczynki w sukienkach białych jak śnieg, z długimi zielonymi jedwabnymi wstążkami, które powiewają u kapeluszy, siedzą i się huśtają. Ich brat, który jest większy od nich, stoi na huśtawce. Obejmuje ręką sznur, żeby się trzymać, bo w jednej ręce ma małą miseczkę, a w drugiej glinianą fajeczkę: puszcza bańki mydlane. Huśtawka się kołysze, a bańki lecą w pięknych, zmieniających się kolorach. Ostatnia wisi jeszcze na końcu fajeczki i kołysze się na wietrze. Huśtawka się kołysze. Mały czarny piesek, lekki jak bańki, staje na tylnych łapkach i chce wskoczyć na huśtawkę. Huśtawka odlatuje, piesek spada, szczeka i się złości. Wszyscy się z niego śmieją, bańki pękają. Huśtająca się deska i pękający obrazek z piany, oto moja piosenka!”
„Może to i piękne, co opowiadasz, ale mówisz to tak smutno i wcale nie wspominasz o Kaju. Co mówią hiacynty?”
„Były sobie trzy piękne siostry, takie przejrzyste i delikatne. Sukienka pierwszej była czerwona, drugiej niebieska, a trzeciej całkiem biała. Trzymając się za ręce, tańczyły nad cichym jeziorem w jasnym świetle księżyca. Nie były elfami, były ludzkimi dziećmi. Pachniało tak słodko, a dziewczęta zniknęły w lesie. Zapach stał się mocniejszy. Trzy trumny, a w nich piękne dziewczęta, wysunęły się z gęstwiny lasu i popłynęły po jeziorze, a dookoła latały świecące robaczki świętojańskie, jak małe unoszące się światełka. Czy tańczące dziewczęta śpią, czy nie żyją? Zapach kwiatów mówi, że umarły, a wieczorny dzwon dzwoni nad zmarłymi!”
„Bardzo mnie zasmuciłeś”, powiedziała mała Gerda. „Tak mocno pachniesz, że muszę myśleć o tych zmarłych dziewczętach! Ach, czy mały Kaj naprawdę umarł? Róże były pod ziemią i mówią, że nie!”
„Bim, bam!” dzwoniły dzwoneczki hiacyntu. „Nie dzwonimy nad małym Kajem, nie znamy go! Śpiewamy tylko naszą piosenkę, jedyną, jaką umiemy!”
I Gerda poszła do jaskra, który świecił spośród lśniących zielonych listków.
„Jesteś małym jasnym słoneczkiem!” powiedziała Gerda. „Powiedz mi, czy wiesz, gdzie mam szukać mojego towarzysza zabaw?”
A jaskier świecił tak pięknie i też spojrzał na Gerdę. Jaką piosenkę mógł zaśpiewać jaskier? Ona też nie była o Kaju.
„Na małym podwórku Boże słoneczko świeciło tak ciepło pierwszego dnia wiosny. Promienie ślizgały się po białej ścianie sąsiada, a tuż obok rosły pierwsze żółte kwiatki, lśniące jak złoto w ciepłych promieniach słońca. Stara babcia siedziała na dworze w swoim fotelu. Jej wnuczka, biedna i ładna służąca, przyszła do domu na krótką wizytę i pocałowała babcię. W tym kochanym pocałunku było złoto, złoto serca. Złoto na ustach, złoto w ogrodzie, złoto na niebie o słońca wschodzie! Oto moja mała historia!” powiedział jaskier.
„Moja biedna stara babcia!” westchnęła Gerda. „Na pewno za mną tęskni i martwi się o mnie, tak samo jak martwiła się o małego Kaja. Ale niedługo wrócę do domu i przyprowadzę ze sobą Kaja. Nie ma co pytać kwiatów, one znają tylko swoją własną piosenkę i nic mi nie powiedzą!” I podkasała sukienkę, żeby szybciej biec. Ale narcyz uderzył ją w nogę, kiedy przez niego przeskakiwała. Wtedy przystanęła, popatrzyła na długi żółty kwiat i zapytała: „Może ty coś wiesz?” I pochyliła się nisko nad narcyzem. A co on powiedział?
„Widzę siebie! Widzę siebie!” powiedział narcyz. „Och, och, jak ja pachnę! Wysoko, w małym pokoiku na poddaszu, stoi do połowy ubrana mała tancerka. Raz stoi na jednej nodze, raz na dwóch, wierzga nóżką, jakby chciała kopnąć cały świat, a jest tylko złudzeniem dla oczu. Leje wodę z czajniczka na kawałek materiału, który trzyma w ręce: to jej gorsecik. Czystość to dobra rzecz! Biała sukienka wisi na wieszaku, ją też wyprała w czajniczku i wysuszyła na dachu. Wkłada ją i zawiązuje na szyi szafranowożółtą chustkę, a wtedy sukienka wydaje się jeszcze bielsza. Noga w górę! Patrz, jak dumnie stoi na jednej łodyżce! Widzę siebie! Widzę siebie!”
„Nic mnie to nie obchodzi!” powiedziała Gerda. „Nie ma po co mi tego opowiadać!” I pobiegła na skraj ogrodu.
Furtka była zamknięta, ale Gerda szarpała zardzewiały haczyk tak długo, aż się obluzował, furtka się otworzyła, a mała Gerda pobiegła boso w szeroki świat. Trzy razy obejrzała się za siebie, ale nikt za nią nie biegł. W końcu nie mogła już biec i usiadła na dużym kamieniu. A kiedy rozejrzała się dookoła, lato już minęło, była późna jesień. W pięknym ogrodzie nie dało się tego wcale zauważyć, bo zawsze świeciło tam słońce i rosły kwiaty ze wszystkich pór roku.
„Mój Boże, jak ja się zasiedziałam!” powiedziała mała Gerda. „Przecież to już jesień! Nie wolno mi teraz odpoczywać!” I wstała, żeby iść dalej.
Och, jak bardzo bolały ją małe, zmęczone nóżki! A dookoła wszystko wyglądało zimno i ponuro. Długie liście wierzby były całkiem żółte, a mgła skapywała z nich kroplami. Liście spadały jeden po drugim, tylko na tarninie wisiały jeszcze owoce, tak cierpkie, że aż wykrzywiały buzię. Och, jak szaro i smutno było w szerokim świecie!





