Stary osioł, zmęczony pies, zrzędliwy kot i głośny kogut wyruszają razem do Bremy, żeby zostać miejskimi muzykantami. Wesoła baśń braci Grimm o przyjaźni i odwadze, przetłumaczona z niemieckiego oryginału.
Bracia Grimm · 8 min · czyta Maja
Muzykanci z Bremy: tekst bajki
Bracia Grimm (1857). Przetłumaczone z niemieckiego oryginału „Die Bremer Stadtmusikanten”.
Pewien człowiek miał osła, który przez długie lata niestrudzenie nosił worki do młyna. Teraz jednak siły zaczęły go opuszczać i coraz mniej nadawał się do pracy. Gospodarz zaczął więc myśleć, jak by się go pozbyć, żeby nie musieć go dłużej karmić. Ale osioł zwietrzył, że nie zanosi się na nic dobrego, uciekł i ruszył w drogę do Bremy. Tam, jak sądził, mógłby przecież zostać miejskim muzykantem.
Kiedy uszedł już spory kawałek, zobaczył psa myśliwskiego, który leżał przy drodze i dyszał jak ktoś, kto nabiegał się do utraty tchu. „No, czemu tak dyszysz, Łapaju?” zapytał osioł. „Ach”, powiedział pies, „jestem stary, z każdym dniem słabszy i na polowaniu już nie daję rady, więc mój pan chciał mnie zabić. No to dałem drapaka. Ale jak mam teraz zarobić na chleb?” „Wiesz co”, powiedział osioł, „idę do Bremy i zostanę tam miejskim muzykantem. Chodź ze mną, niech i ciebie przyjmą do kapeli. Ja będę grał na lutni, a ty będziesz bił w bębny”. Pies był z tego zadowolony i poszli dalej.
Niedługo potem zobaczyli kota, który siedział przy drodze i miał minę jak chmura gradowa. „No, a ciebie co ugryzło, stary wąsaczu?” zapytał osioł. „A kto by był wesoły, kiedy chodzi o jego własną skórę?” odpowiedział kot. „Jestem już w latach, zęby mi się stępiły i wolę siedzieć za piecem i mruczeć, niż uganiać się za myszami, więc moja pani chciała mnie utopić. Wprawdzie zdążyłem jeszcze uciec, ale teraz dobra rada jest na wagę złota. Dokąd mam pójść?” „Chodź z nami do Bremy. Przecież znasz się na nocnych serenadach, możesz zostać miejskim muzykantem”. Kot uznał, że to dobry pomysł, i poszedł z nimi.
Potem trzej uciekinierzy przechodzili obok pewnego gospodarstwa. Na bramie siedział kogut i piał z całych sił. „Piejesz tak, że aż mnie ciarki przechodzą”, powiedział osioł, „co ty wyprawiasz?” „Przepowiedziałem ładną pogodę”, powiedział kogut, „bo dziś jest dzień Matki Boskiej, w którym wyprała Dzieciątku Jezus koszulki i chce je wysuszyć. Ale ponieważ jutro, na niedzielę, przyjadą goście, gospodyni nie ma dla mnie litości. Powiedziała kucharce, że jutro chce mnie zjeść w rosole, dlatego dziś wieczorem mają mi uciąć głowę. Teraz więc pieję na całe gardło, póki jeszcze mogę”.
„Ech, co tam, ty rudzielcu”, powiedział osioł, „chodź lepiej z nami. Idziemy do Bremy. Coś lepszego od śmierci znajdziesz wszędzie. Masz dobry głos, a kiedy zagramy razem, to dopiero będzie muzyka!” Kogutowi spodobała się ta propozycja i ruszyli dalej we czterech.
Nie mogli jednak dojść do Bremy w jeden dzień i wieczorem dotarli do lasu, gdzie chcieli przenocować. Osioł i pies położyli się pod wielkim drzewem, kot i kogut usadowili się na gałęziach, kogut zaś wzleciał aż na sam czubek, gdzie było dla niego najbezpieczniej. Zanim zasnął, rozejrzał się jeszcze raz na wszystkie cztery strony świata i wydało mu się, że w oddali błyszczy maleńka iskierka. Zawołał więc do towarzyszy, że gdzieś niedaleko musi stać dom, bo widać światło.
Osioł powiedział: „W takim razie musimy się zebrać i jeszcze tam pójść, bo tutaj nocleg jest kiepski”. Pies stwierdził, że kilka kości z odrobiną mięsa też dobrze by mu zrobiło. Ruszyli więc w stronę, z której widać było światło, i wkrótce zobaczyli, że lśni coraz jaśniej i robi się większe i większe, aż w końcu stanęli przed jasno oświetlonym domem zbójców. Osioł, jako największy, podszedł do okna i zajrzał do środka.
„Co widzisz, siwku?” zapytał kogut. „Co widzę?” odpowiedział osioł. „Nakryty stół pełen pysznego jedzenia i picia, a przy nim siedzą zbójcy i ucztują w najlepsze”. „To by było coś dla nas”, powiedział kogut. „O tak, tak, ach, gdybyśmy tylko tam byli!” powiedział osioł.
Zwierzęta zaczęły się więc naradzać, jak by tu przegonić zbójców, i w końcu znalazły sposób. Osioł musiał oprzeć przednie kopyta o parapet, pies wskoczyć osłu na grzbiet, kot wdrapać się na psa, a na koniec kogut wzleciał w górę i usiadł kotu na głowie. Kiedy już tak stanęli, na umówiony znak wszyscy razem zaczęli swoją muzykę. Osioł ryczał, pies szczekał, kot miauczał, a kogut piał. Potem wpadli przez okno do izby, aż zabrzęczały szyby.
Na ten okropny wrzask zbójcy zerwali się z miejsc. Myśleli, że to jakiś upiór wpada do środka, i w największym strachu uciekli do lasu. Wtedy czterej towarzysze zasiedli do stołu, zadowolili się tym, co zostało, i zajadali tak, jakby potem mieli głodować przez cztery tygodnie.
Kiedy czterej grajkowie skończyli, zgasili światło i każdy poszukał sobie miejsca do spania, tak jak mu podpowiadała natura i jak mu było najwygodniej. Osioł położył się na kupie gnoju na podwórzu, pies za drzwiami, kot na palenisku przy ciepłym popiele, a kogut usiadł na grzędzie pod dachem. A ponieważ byli zmęczeni długą drogą, wkrótce zasnęli.
Kiedy minęła północ, a zbójcy zobaczyli z daleka, że w domu nie pali się już światło i wszędzie panuje spokój, ich herszt powiedział: „Nie powinniśmy byli dać się tak nastraszyć”. I kazał jednemu z nich pójść i sprawdzić, co się dzieje w domu. Wysłany zbójca zastał wszędzie ciszę i poszedł do kuchni zapalić światło. A ponieważ wziął błyszczące, ogniste oczy kota za żarzące się węgielki, przytknął do nich zapałkę, żeby się od nich zapaliła.
Ale kot nie znał się na żartach. Skoczył mu do twarzy, prychał i drapał. Zbójca okropnie się przestraszył i chciał uciec tylnymi drzwiami, ale pies, który tam leżał, zerwał się i ugryzł go w nogę. A kiedy biegł przez podwórze obok kupy gnoju, osioł jeszcze porządnie kopnął go tylnym kopytem. Kogut zaś, którego obudził hałas i który był już całkiem rześki, zawołał z grzędy: „Kukuryku!”
Zbójca pobiegł, ile sił w nogach, z powrotem do swojego herszta i powiedział: „Ach, w tym domu siedzi okropna czarownica, która chuchnęła na mnie i swoimi długimi palcami podrapała mi twarz. A przy drzwiach stoi człowiek z nożem, który dźgnął mnie w nogę. A na podwórzu leży czarny potwór, który okładał mnie drewnianą maczugą. A na górze, na dachu, siedzi sędzia, który wołał, żeby mu przyprowadzić tego łotra. No to czym prędzej stamtąd uciekłem”.
Od tej pory zbójcy nie odważyli się już wejść do tego domu, a czterem muzykantom z Bremy tak się w nim spodobało, że nie chcieli już stamtąd odejść. A kto to ostatni opowiadał, temu usta jeszcze nie ostygły.





